HISTORIA NR 34

Modliliście się kiedyś o śmierć własnego dziecka? Ja też nie, aż do 21 tygodnia ciąży. Ale od początku.

W październiku 2020 r. szłam ramię w ramię z innymi kobietami, które wyrażały swój sprzeciw przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Wtedy myślałam: „Biedne inne kobiety, które będą musiały wyjeżdżać za granicę, żeby ratować swoje życie i swoje rodziny”. „Biedne INNE kobiety”, bo przecież mnie to nie spotka. Jestem zdrowa, mąż też, mamy duże rodziny, tak więc wszyscy, ale nie my.

W następnych miesiącach przygotowywaliśmy się do ciąży. Zrobiliśmy podstawowe badania, zdrowo się odżywialiśmy, brałam witaminy i kwas foliowy. W lipcu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko. Wszystko według planu.

Niestety, już od 6. tygodnia czułam, że coś jest nie tak. Mój stan fizyczny uległ zdecydowanemu pogorszeniu. Pomimo, że nie miałam jeszcze potwierdzonej ciąży, musiałam iść na zwolnienie lekarskie. Nie byłam w stanie wstać z łóżka, kręciło mi się w głowie, wymiotowałam. Nie mogłam jeść ani spać. Miałam napady bólu głowy oraz mocną zgagę. Byłam opuchnięta i bardzo pogorszyła się kondycja mojej skóry. Zgłaszałam swoje złe samopoczucie lekarzom, jednak każdy z nich mówił, że można się tak czuć, że mam nie porównywać ciąż, że niebawem przejdzie.

Niestety, nie przeszło. Było coraz gorzej. Zły stan fizyczny zaczął powodować spadek formy psychicznej. Stałam się płaczliwa, przeraźliwie się bałam. Miałam napady lęku i paniki. Bałam się jeść i ruszać, żeby nie zaszkodzić dziecku. Obawiałam się, że poronię, że urodzę martwe dziecko oraz że trafię do szpitala. Miałam sny, że umieram, że nie słyszę płaczu dziecka. Zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego tak się dzieje? Przecież ciąża przebiega prawidłowo. Wyniki badań prenatalnych są rewelacyjne. Nie mam zupełnie podstaw, żeby czegoś się bać”. Jednak się bałam, z każdym dniem coraz bardziej, a do tego mój stan fizyczny, pomimo II trymestru, w ogóle się nie poprawiał. Miałam złe przeczucia i co chwilę jeździłam do lekarzy, ale każdy zapewniał, że wszystko jest dobrze. Przez to, że miałam dość złego samopoczucia, nie byłam w stanie cieszyć się z ciąży, nie robiłam wyprawki, nie wybierałam imienia, z nikim o niej nie rozmawiałam. Nasza dwuletnia córeczka bardzo czekała na siostrę, ona wybierała imię, próbowała przygotowywać pokoik na przyjście dziecka, ale tylko ona.

Pewnego dnia postanowiliśmy z mężem nadpłacić kredyt. Wtedy przeszła mnie myśl, że nie urodzę tego dziecka i że prawdopodobnie będę musiała szukać pomocy za granicą. Powiedziałam o tym partnerowi i stwierdziliśmy, że wpłacimy połowę pieniędzy na dom, a drugą zostawimy w razie, gdyby coś się działo i trzeba było wyjechać.

Stany lękowe się nasilały. W dalszym ciągu nie spałam. Postanowiłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty. W tym samym czasie Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość o pani Izie z Pszczyny. Wtedy dopiero zaczęłam się bać. Wiedziałam, że ja będę następna. Skąd? Nie wiem. Po prostu wiedziałam. Rozmawiałam z psychologiem z Fundacji Ernesta. Mówiłam, że przeraźliwie boję się trafić do szpitala, że nie chcę być tam sama, nie chcę zostawiać starszej córki, na którą przeszedł również mój lęk. Mówiłam, że ja będę następna, że to czuję. Zostałam uspokojona. Przecież to zdarza się tak rzadko. Niemożliwe, żebym to była ja. Dostałam pracę domową, żeby nie oglądać wiadomości, żeby spisywać swoje uczucia. Ulżyło mi. Zaczęłam się wyciszać i przesypiać noce.

Rozpoczął się 21. tydzień ciąży. Mąż niebawem miał wyjechać na delegację do innego miasta, a po jego powrocie mieliśmy iść na badania połówkowe. Jednak moje przeczucie nie dawało mi spokoju i dzień przed jego wyjazdem postanowiliśmy pojechać do lekarza, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. W razie, gdyby coś się działo, to jeszcze jest ze mną mąż i mam opiekę dla dziecka.

Pojechaliśmy. To był dzień, w którym nasze życie obróciło się do góry nogami. Mąż został z córką w samochodzie. Weszłam do gabinetu. Powiedziałam o moich obawach. Pani doktor zrobiła badania. Diagnoza – kompletne bezwodzie. Zadzwoniłam do lekarza prowadzącego ciążę, który natychmiast kazał udać się na oddział szpitalny. Pani doktor wystawiła skierowanie, a ja w tym czasie napisałam do męża SMS-a: „Jadę do szpitala”.

Pełni nerwów i złych przeczuć szukaliśmy opieki dla starszej córki, wezwaliśmy naszych rodziców, spakowałam się i pojechaliśmy. W drodze powiedziałam partnerowi, że wiem, iż o ile wrócę, to wrócę sama. Trzeba było jednak myśleć pozytywnie. Tylko że ja nie miałam pozytywnych myśli już od początku ciąży.

Zapłakana, o 19:30 trafiłam na izbę przyjęć. Lekarze mnie badali. Zrobili test na wydzielanie wód płodowych – wyszedł negatywny. Wody nie odeszły. Zrobili USG – dziecko miało nerki. Dlaczego więc nie ma wód płodowych? Po dotarciu do sali poprosiłam o spotkanie z psychologiem. Długo rozmawiałyśmy przede wszystkim o tym, że muszę wrócić do córki do domu. O tym, jak to będzie, jak ona zostanie sama, jak poradzi sobie bez mamy. Bałam się o swoje życie. Obawiałam się, że nie dam rady nosić w sobie dziecka, które umrze. Bałam się porodu. Cały czas płakałam. Nie przespałam nocy. Miałam napady histerii.

Następnego dnia od rana zaczęły się badania przez profesorów medycyny, lekarzy i studentów. Zostało wykonane badanie połówkowe i kolejny test na wypływ wód płodowych. Tym razem był on pozytywny. Wody się sączyły. Po zbadaniu dziecka okazało się, że ma nerki, jednak żaden lekarz nie mógł zlokalizować pęcherza moczowego. Mówiono mi, że będzie dobrze, że będą próbować utrzymać ciążę, że muszę wytrzymać do 24 tygodnia ciąży i już będzie „z górki”. Miałam czekać. Czekać na jutro, czekać na czwartek. Czekać… Ja wiedziałam, że jest źle, a głównym moim celem było wrócenie do córki i danie jej najlepszego dzieciństwa. Podczas wszystkich badań cały czas płakałam, nie byłam w stanie powiedzieć słowa, łzy leciały mi jak grochy. Słuchałam, co lekarze do siebie mówią i milczałam. Po każdej diagnostyce musiałam porozmawiać z psychologiem, ponieważ z każdą minutą czułam się coraz gorzej. Nawet personel szpitala poinformował specjalistę, że mój stan psychiczny jest ciężki i znajduję się w kryzysie. Żyłam według planu, który właśnie mi się zaburzył, a ciąża i jej przebieg powodował bardzo silny lęk. Nie mogłam rozmawiać z córką ani patrzeć na jej zdjęcie, bo wpadałam w histerię.

Rozmawiałam z mężem. Przesłałam mu numery telefonów do fundacji – wszystkie, które mogły nam pomóc. Miałam je zapisane już od czasu, kiedy zaczęłam czuć, że coś jest nie tak. Poprosiłam, żeby skontaktował się z Federacją na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERĄ, Aborcyjnym Dream Teamem oraz Fundacją Ernesta.

W środę od rana zostałam zabrana na kolejne badania. W dalszym ciągu nie został odnaleziony pęcherz moczowy u dziecka oraz nie postawiono ostatecznej diagnozy. Dalej nie wiedziałam, co jeszcze się wydarzy, na co się nastawiać. Wtedy spotkałam osobę, która powiedziała mi wprost, że jestem ofiarą systemu, że dziecko prawdopodobnie umrze, że nawet jak uda się lekarzom podtrzymać ciążę, to dziecko, które rozwija się bez wód płodowych, nie ma szans na normalne funkcjonowanie. Dowiedziałam się, że najlepiej byłoby wyjechać, bo nikt w Polsce mi nie pomoże. Wtedy podjęłam decyzję: „Jedziemy!” Bardzo bałam się o swoje życie: „Czy dam radę przejechać tysiące kilometrów, czy nie dostanę sepsy, czy wrócę”. Jednak po tej decyzji poczułam się lepiej i nie miałam innego wyboru.

Zadzwoniłam do męża, który poruszył niebo i ziemię, żebyśmy mogli udać się za granicę. Skontaktował się z osobą, która biegle mówi po angielsku i ona kontaktowała się z państwami, w których legalne jest wykonanie aborcji. W większości krajów europejskich kompletne bezwodzie oraz wady letalne kwalifikują się do przerwania ciąży na każdym jej etapie. We wszystkich krajach prócz Polski…

Mąż zgłosił się do fundacji, które wcześniej mu wskazałam, i otrzymaliśmy najlepszą pomoc, jaką mogliśmy. Federacja FEDERA zaczęła działać w naszej sprawie. Dała nadzieję na to, że wszystko niebawem się zakończy. Skontaktowała się ze szpitalem, w którym przebywałam i nagle wszystko zaczęło nabierać tempa. Wraz z partnerem porozmawialiśmy z ordynatorem, złożyliśmy pismo do dyrektora szpitala z prośbą o terminację ciąży z racji zagrożenia zdrowia i życia. Na kolejny dzień zostało zwołane konsylium, a po spotkaniu z ordynatorem zostałam zabrana na szczegółowe badania płodu z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu.

Po kompleksowym badaniu pani profesor oświadczyła, że jest wada letalna. Nerki nie pracują, pęcherz moczowy zanika, serce przestaje bić, stan preagonalny. Cały czas płakałam, trzęsłam się, miałam czarne myśli. Zadzwoniłam do męża. Była pandemia, nie mogliśmy się widzieć, telefony były jedyną formą naszego kontaktu. Opowiedziałam mu wszystko. Mąż skontaktował się ponownie z Federacją FEDERA. Oni natomiast byli w stałym kontakcie ze szpitalem. Modliłam się, żeby sytuacja w końcu się rozwiązała, żebym wiedziała, na czym stoję, żebym była w końcu bezpieczna i mogła wrócić do domu.

Po rozmowie z mężem i wykonanych badaniach poprosiłam o kolejną rozmowę z psychologiem. Mój stan psychiczny był bardzo zły. Czułam, że moja sytuacja była beznadziejna i katastrofalna. Wiedziałam, że coraz gorzej radzę sobie z emocjami. Poprosiłam o konsultację psychiatry. W dalszym ciągu nie zapadła decyzja o terminacji ciąży. Mieliśmy czekać na konsylium. Moje myśli skupiały się na tym, że chcę jak najszybciej wyjechać, zakończyć ten koszmar. O godzinie 15:00 przyszła po mnie dyżurująca pani doktor i powiedziała, że dostała polecenie wykonania kolejnego USG w celu sprawdzenia, czy dziecko żyje.

Szłam na badanie, płakałam, byłam w głębokiej rozpaczy. Pani doktor zaczęła badanie. Cisza… Zobaczyłam łzy w oczach lekarza. W głośnikach sprzętu nadal cisza. Zapytałam, czy serce przestało bić. Osoba wykonująca badanie zadzwoniła po innego lekarza. Obie panie potwierdziły, że nie ma akcji serca. Wtedy wydałam z siebie krzyk rozpaczy, mimo że modliłam się o ten moment. Wpadłam w okropną histerię, nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Potrzebowałam krzyczeć, płakać i się przytulić. Ale do kogo? Poprosiłam o leki uspokajające i o spotkanie z mężem. W tym przypadku została udzielona nam zgoda, żeby partner mógł wejść na oddział. Byliśmy w tym razem. Przytuleni, długo rozmawialiśmy. Płakaliśmy, że dziecko się nie urodzi, a jednocześnie cieszyliśmy się, że nie musimy nigdzie jechać, nie musimy podejmować tej strasznej decyzji o aborcji i że wreszcie wszystko się skończy. W czasie kiedy byłam z mężem, moje rzeczy zostały przewiezione z sali, gdzie leżały kobiety w ciąży, do sali pozabiegowej. Tak, pomimo tego, że każdy wiedział, iż nie będzie u mnie szczęśliwego zakończenia, leżałam na sali z kobietami w zaawansowanej ciąży.

Poszłam na nową salę. Tam poznałam cudowne dwie kobiety, które też miały problemy zdrowotne. Rozmawiałyśmy. Wtedy zaczęłam zastanawiać się, co dalej. Co z pogrzebem, z powrotem do pracy, a przede wszystkim, co teraz będzie się ze mną działo? Mam ronić to dziecko, ale jak? Jak to wygląda? W sumie było mi wszystko jedno, byleby szybko się skończyło. Dowiedziałam się, że dostanę tabletki dopochwowe, które spowodują skurcze macicy, rozwarcie jej szyjki i poronienie. Jednak nie będzie to dzisiaj, a tabletki dostanę następnego dnia. Z martwym dzieckiem w brzuchu, po tabletkach uspokajających, starałam się przetrwać noc. Czekałam na finał. Rano przy obchodzie okazało się, że nie mają leków na oddziale i trzeba czekać, aż zostaną one dostarczone.

Grzecznie czekałam. Płakałam i śmiałam się na zmianę, licząc na to, że niebawem wrócę do domu. Najgorsze jednak dopiero było przede mną. W czwartek o 12:00 zostały podane leki. Od tego czasu miałam tylko leżeć. Nic się nie działo. O 18:00 kolejna dawka. Okazało się, że miały być podane o 16:00, ale ludzki błąd spowodował, że dostałam je dwie godziny później. Zaczęły się skurcze. Koleżanka z sali została przeniesiona do innego pomieszczenia. Zostałam sama. Powiedziano mi tylko, że nie będzie to wyglądać tak, jak mi się wydaje i że personel nie chce, aby ktokolwiek patrzył im na ręce, a ronienie może trwać nawet 36 h. Wtedy zaczęłam się bać. Poród powodował u mnie potężny stres. Wezwałam psychologa. Rozmawiałyśmy. Byłam bojowo nastawiona. Chciałam urodzić i wrócić do córeczki.

O 22:00 zaczęła się najgorsza noc w moim życiu. Dostałam ponownie tabletki dopochwowe. Rozwarcia nie było, a mnie zaczęło „rozrywać” od środka. Podano mi paracetamol i ibuprofen, bo przecież „ronienie nie może tak boleć”. Leki nie pomogły. Czułam, jakby brzuch miał mi zaraz eksplodować. Wtedy pojawiła się myśl, że nie wrócę do domu. Podano mi kolejny lek. Tym razem na bazie morfiny. Zasnęłam. Nie czułam bólu. Obudziłam się o 24:00. Wtedy zaczął się koszmar. Ból, który czułam do 24:00, okazał się delikatny w porównaniu z tym, który czułam obecnie. Podano mi kolejną dawkę leku na morfinie. Nie pomogło. Znowu otrzymałam dożylnie paracetamol i ibuprofen. Nic z tego. Został wezwany lekarz dyżurny. Przeraźliwie krzyczałam, płakałam, wyginałam się, a nie mogłam wstać. Nie wiedziałam, co mam robić. Jak napływały skurcze, miałam wrażenie, że umieram. Została podjęta decyzja o podaniu mi leku na bazie narkotyków. Po nim zasnęłam. Już nawet było mi obojętne, czy się obudzę.

Po godzinie 04:00 przyszyły położne zrobić mi poranne badania i wtedy zaczęłam „umierać” od początku. Narkotyk przestał działać. Ból się nasilał, a rozwarcia nie było. Nawet nie dochodziło do najmniejszego krwawienia. Ponownie został wezwany lekarz dyżurujący. Załamał ręce, bo już nie wiedział, co można mi podać. Ponownie otrzymałam lek na bazie narkotyku, lecz on już nie zadziałał. Zaczęłam wymiotować i mdleć. Krzyczałam, żeby wyjęto mi dziecko. Błagałam o pomoc. Nie miałam siły już płakać. O 05:00 ostatkiem sił napisałam do męża SMS-a „Nie urodziłam, jest źle, nie będę pisać, bo nie mogę utrzymać telefonu”.

Po 06:00 została podjęta decyzja o wydobyciu martwego płodu w całkowitym znieczuleniu. Od tego czasu już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, nie miałam siły się ruszać, płakać ani krzyczeć. Wydawało mi się, że umarłam. Już nic nie słyszałam, nic nie czułam.

Obudziłam się w piątek o 11:00. Żyłam. Koszmar się skończył. Przeczytałam SMS-a od męża: „Wszystko wiem, odpoczywaj”.

Płakałam, milczałam i spałam. W czasie, kiedy miałam wykonywany zabieg, mąż po mojej wiadomości, udał się na spotkanie z zastępcą ordynatora. Rozmawiali o tym, dlaczego to tak długo trwało i dlaczego przechodziłam takie tortury. Okazało się, że mój organizm nie zareagował prawidłowo na leki poronne, przez co nie wystąpiło rozwarcie szyjki macicy. Następnego dnia rozmawiałam z psychologiem. Mój stan psychiczny się poprawił. Dokonałam podsumowania ostatnich dni. Podjęłam decyzję o leczeniu psychiatrycznym i terapii rodzinnej. Czekałam, żeby wrócić do domu. W sobotę przekroczyłam próg mieszkania. W końcu mogłam przytulić córkę, w końcu czułam się bezpieczna…

Na początku pobytu w szpitalu panicznie bałam się o siebie i o córkę. Następnie bałam się zobaczyć drugie dziecko i urodzić je. Po wyjściu ze szpitala bałam się pogrzebu. Od sierpnia do listopada cały czas się bałam, miałam napady lęku i histerii. Nie mogłam normalnie funkcjonować i zajmować się dzieckiem. Żyłam w permanentnym stresie, którego kulminacja nastąpiła w szpitalu. W dniu pogrzebu wszystko się skończyło. Zapadła cisza …

Aktualnie jestem pod kontrolą psychiatry i psychologa. Przygotowuję się do powrotu do pracy. Uczę się żyć od nowa, doceniając to, co mam. Staram się nie planować. Pewnie zastanawiacie się, czy zdecydujemy się ponownie na dziecko? Póki prawo w Polsce się nie zmieni, definitywnie nie.

Na koniec chciałam serdecznie podziękować za wielką pomoc i wsparcie pracownikom Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny FEDERA, Fundacji Aborcyjny Dream Team, Fundacji Ernesta oraz mojej całej rodzinie i znajomym, którzy przez najgorszy tydzień w moim życiu nieustannie mi pomagali i byli ze mną. Przede wszystkim dziękuję mojemu mężowi za to, że udźwignął ten dramat, że walczył o mnie, a teraz robi wszystko, żebym mogła cieszyć się z życia.

D.

Federa